32 lata temu doszło do największej tragedii lotniczej na Opolszczyźnie

32 lata temu doszło do największej tragedii lotniczej na Opolszczyźnie

16 września 1984 roku niewinny wycieczkowy lot samolotem skończył się tragedią.
Przeciążony samolot AN-2 rozbił się na płycie lotniska w Polskiej Nowej Wsi.

– Wśród nich był znany opolski żużlowiec Ryszard Berezowski. 16 września 1984 roku po godzinie 17 Berezowski wsiadł do samolotu razem z żoną. Miał zaledwie 24 lata. Razem mieli tylko na chwilę polecieć nad Opole, a potem wrócić. Ot, taki rutynowy lot, jakich tego dnia Aeroklub Opolski zorganizował kilkanaście. Tymczasem zaledwie kilka sekund po starcie samolot AN-2 zaczął spadać i z hukiem uderzył o ziemię. Berezowski zginął na miejscu, a jego żona zmarła w szpitalu. Przeżyło ich dziecko, które pozostało na płycie lotniska.
– Po katastrofie błyskawicznie zareagowali członkowie aeroklubu. Zaczęli biec do wraku z gaśnicami, w obawie, że zaraz dojdzie do wybuchu kilkuset litrów paliwa, jakie zostało w baku. Zaczęto wyciągać ofiary, na miejscu słychać było płacz, krzyki, wszędzie ślady krwi i splątane ciała. – Drugi pilot wyskoczył sam, ale był w takim szoku, że od razu kazałem mu się położyć na ziemię i czekać, on przeżył, podobnie jak pierwszy pilot – wspominał po latach jeden z członków Aeroklubu Opolskiego. Niektórzy pasażerowie zaczęli się wyczołgiwać z wraku, innych trzeba było wyciągać. Od razu było widać, że jest ich zbyt wielu. Fabryczny samolot AN-2 mógł zabrać maksymalnie 12 pasażerów i dwóch pilotów, a tymczasem we wraku było łącznie aż 26 osób!
– Poza Ryszardem Berezowskim na miejscu zginęli także: Jerzy Bartha i jego sześcioletni wnuk Szymon, żołnierz Piotr Gramś oraz maturzysta Dariusz Pazur. Śmiertelnych ofiar mogło być jeszcze więcej, gdyby nie anonimowa studentka, która jako pierwsza zaczęła segregować rannych według stopnia obrażeń. Dopiero kilka dni po katastrofie dziennikarzom, którym o młodej dziewczynie zaczęli opowiadać lekarze, udało się ją odnaleźć. Ewa Ostachowska była wtedy studentką Akademii Medycznej we Wrocławiu. Nie chciała jednak, aby o niej pisać. – No bo po co? – pytała. – Przecież zrobiłam to, co do mnie należało.
– Dr Józef Bojko, dziś ordynator oddziału w Szpitalu Wojewódzkim na ul. Katowickiej, a wówczas lekarz, który jako pierwszy pojawił się z karetką reanimacyjną na lotnisku, pamięta, że przykrył workami ciała ofiar, tych, co zginęli na miejscu. Potem kierował akcją ratowniczą i decydował o kolejności zabierania rannych. Od razu nie można było wywieźć wszystkich, rannych było po prostu zbyt dużo. Ostatecznie w niedzielę na Katowicką trafiło w ciągu kilkudziesięciu minut aż 21 rannych, w tym wielu w bardzo ciężkim stanie. Dyrekcja placówki obawiała się, że akcję ratunkową skomplikuje brak personelu, niezbędnego do wielu operacji naraz. Tyle że – jak się szybko okazało – pracownicy sami zaczęli przychodzić i przyjeżdżać, a wieść o katastrofie lotniczej obiegła cała miasto. Operowano całą noc. Przez cały czas przy rannych czuwał szpitalny kapelan. Nie wszystkich rannych udało się uratować. Ostatecznie w szpitalu zmarli: Piotr Staniszewski, Sławomir Żylak, Adam Więcław, Bogdan Bulski, Kazimierz Chrząstek, Iwona Berezowska i jako ostatni – 7-letni Adrian Laskowski. Łącznie w wyniku upadku samolotu śmierć poniosło 12 osób, a 14 odniosło mniejsze lub większe obrażenia. Tylko jedna z pasażerek feralnego lotu została zwolniona ze szpitala po kilku dniach od przyjęcia.
– Antoni Cepak, pierwszy pilot samolotu, doznał wstrząsu mózgu, był mocno połamany, a ze szpitala wyszedł dopiero w listopadzie. – To był mój ostatni lot i to taki bez lądowania. Nic gorszego nie może się wydarzyć pilotowi – wspominał potem. Z powodu katastrofy na Opolszczyźnie władze ogłosiły żałobę. Pomiędzy 17 a 19 września nie działały żadne kina ani teatry, przełożono imprezy. Bezterminowo zawieszono wszystkie loty i skoki na terenie lotniska Aeroklubu Opolskiego. Zresztą na samo lotnisko też nikt nie miał wstępu przez kilka tygodni. Niestety w Opolu pojawiły się plotki o tym, że piloci samolotu byli pijani oraz że brali pieniądze za dodatkowych pasażerów. Żadna z tych opowieści nie była prawdziwa. Prawdziwe były natomiast informacje, że „antek” był przeciążony, a doprowadzili do tego żołnierze, którzy pomagali przy organizowaniu imprezy. Ktoś z personelu lotniska wpuścił ich do samolotu. Dopiero po starcie pilot zorientował się, że coś jest nie tak, bo ogon dwupłatowca ciążył ku ziemi. – Powinienem sprawdzić, ilu ludzi weszło do samolotu, nie zauważyłem żołnierzy, bo przykucnęli z tyłu. Ufałem tym, którzy ich wpuszczali. Mogłem jednak sprawdzić, to był mój niewybaczalny błąd – wspominał po latach Antoni Cepak
– Pilot starał się wyrównać lot, ale kiedy zaczął pikować, postanowił przechylić samolot na lewe skrzydło, aby choć trochę zamortyzować wypadek. – Myślałem, że dzięki temu ludzie wyjdą z tego cało. Nie całkiem stało się tak, jak planowałem – opowiadał Cepak. Przyczyny upadku dwupłatowca badała długo prokuratura oraz Główna Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Warszawa przysłała także na podopolskie lotnisko generała Władysława Hermaszewskiego, prezesa Aeroklubu PRL, a prywatnie brata Mirosława Hermaszewskiego, jedynego polskiego kosmonauty. – W moim przekonaniu doszło do nadmiernego przeciążenia oraz złego rozlokowania pasażerów w samolocie – oceniał wówczas Hermaszewski. – Niestety, i mówię to z wielkim żalem, na waszym lotnisku nie znalazł się nikt, kto by temu w porę zapobiegł. W Warszawie nie będę mógł zaraportować, że zawinił zły los czy przypadek. Zawinili ludzie. W trakcie śledztwa okazało się, że winni byli niemal wszyscy. Do poszczególnych wycieczkowych lotów nie przypisano osób, które pilnowałyby zgodności listy pasażerów z tym, ile osób wchodzi do samolotu. Zawiniła więc obsługa lotniska, zawinił pilot, ale i żołnierzom z poboru zabrakło wyobraźni, aby domyślić się, że w maszynie nieprzypadkowo są miejsca tylko dla 12 pasażerów.
– Kilka dni po wypadku prokurator wydał nakaz tymczasowego aresztowania kierownika lotów na lotnisku. Potem został jednak zwolniony, a zarzuty dostali tylko kierownik lotniska oraz pilot dwupłatowca, dla którego największą karą było to, że już nigdy nie usiadł za sterami. Ofiary katastrofy oraz rodziny zabitych otrzymały odszkodowania z Aeroklubu Opolskiego. O katastrofie wciąż przypomina głaz, który ufundował Zdzisław Filingier, ówczesny prezes Aeroklubu Opolskiego. Na pamiątkowej tablicy wypisano nazwiska wszystkich ofiar, czasem pod pomnikiem palą się znicze. Najczęściej przynoszą je ci, którzy katastrofę przeżyli. Oni wciąż ją pamiętają.

Artur Janowski aip, Fot. Archiwum (aip)

COMMENTS

WORDPRESS: 1
  • comment-avatar
    Andrzej 3 miesiące

    Zdecydowana większość wypadków spowodowana jest głupotą ludzką.

    Zdecydowana większość wypadków spowodowana jest głupotą ludzką.